Pamiętnik Gran Turismo 7 #20: Opuszczona garda
Odwiedzam kawiarnię i przyjmuję kolejne zadania do wykonania. W ten sposób mam okazję pościgać się hipersamochodami, poznać siostry Silvia, a nawet zasiąść za kółkiem bolidu. Po dłuższej przerwie powracam też do modułu misji, by dokończyć czekające zadania z zestawu „The Sun Also Rises”. Jak mi idzie? Zapraszam na już dwudziesty wpis o Gran Turismo 7.
Dzień 121
Po neoklasykach przychodzi pora na paradę hipersamochodów. Zastanawiam się, jak wysoko będzie tu zawieszona poprzeczka, wszak to rywalizacja potężnych bestii, które naprawdę trudno ujarzmić. Pewne pocieszenie znajduję w fakcie, że nie ma górnego limitu mocy, więc mogę wystartować nawet Lambo V12, którym zdominowałem puchar Vision GT.
Ale przecież nie od tego ma się tak przepastny garaż, by jeździć wciąż tymi samymi samochodami. Stawiam na wygrany w ruletce całkiem niedawno kultowy model Ferrari Enzo. Trochę inwestycji w tuning, by odchudzić i dodać mocy czerwonej strzale, a potem pierwszy test na Kyoto Driving Park – Yamagiwa + Miyabi. Kręty obiekt na początek da mi odpowiedź, czego się spodziewać.
Ferrari okazuje się całkiem grzeczne i potężne. Szybko mijam kolejnych oponentów i nadrabiam dystans do liderów. W opisie zmagań jest wzmianka, by unikać obcierek, wszak mówimy o maszynach za miliony, ale różnicy w zachowaniu kierowców nie odnotowuję. Niektórzy agresywnie ścinają zakręty i atakują jak zwykle.
Prosta droga
Po wcześniejszych wyzwaniach, w których pod uwagę trzeba było brać zużycie opon i paliwa, opracowywać strategię i przejmować się pogodą, hipersamochody przypominają zabawę. Są czymś w sam raz na odprężenie po cięższym dniu. To może być całkiem przyjemne osiem wyścigów do przejechania.
Oczywiście mógłbym podkręcić sobie nieco skalę wyzwania, zmniejszając moc Enzo czy wybierając inną maszynę. Wiem jednak, że Polyphony przygotowało jeszcze w zanadrzu trochę wyzwań, przy których spędzę więcej czasu. Nie ma więc potrzeby sztucznie wydłużać sobie progresu. Jeszcze tego samego dnia przejeżdżam kolejne dwa wyścigi wyznaczone przez właściciela kawiarni.
Dzień 122
Następne menu bonusowe przybliża mi siostry Silvia. Samochody cieszące się dużym sentymentem w Japonii i bez wątpienia mające w sobie wiele uroku. W garażu czeka kilka modeli, którymi mogę wystartować w rywalizacji. Wzrok przykuwa jeden z najstarszych w stawce Nissanów 180X Type X. Dwulitrowy, turbodoładowany silnik, wąska sylwetka, chowane światła. Od pierwszego Gran Turismo coś mnie ciągnie do takich aut.
Inwestuję w tuning, by moc maszyny przekraczała sugerowany poziom PP. Potem ruszam na pierwszy tor. Pomimo solidnej liczby koni mechanicznych pod maską, mój nissan jest mało konkurencyjny wobec nowocześniejszych silvii. Odstaje na prostych. Nadrabiam w zakrętach i szykanach, co koniec końców zapewnia mi całkiem emocjonujący wyścigi na Willow Springs International Raceway i torze w Tsukubie.
Niespodziewanie wiele problemów napotykam za to podczas rywalizacji na odwróconym wariancie Deep Forest. Długie proste premiują konkurentów i sprawiają, że dwa kolejne podejścia kończę jako drugi na mecie. Wracam więc do serwisu i inwestuję w kilka kolejnych części, w tym pominięte wcześniej sportowe zawieszenie. Ależ to robi różnicę. Nissan przestaje się tak gibać, zachowuje się stabilniej i wyraźnie lepiej się prowadzi. Sięgam w końcu po zwycięstwo. Idąc za ciosem, podejmuję się też ostatniej z prób w pucharze sióstr na ekspresówce Tokio. Tu zwycięstwo przychodzi łatwiej, choć zdawałoby się, że charakterystyka toru da jeszcze większą przewagę modelom Silvia z 2002 roku.
Dzień 123
Puchar mistrzowskich samochodów sportowych to kolejna pozycja z listy menu bonusowych. Z ciekawością zaglądam na listę dopuszczonych maszyn, które czekają w moim garażu. Widok jest onieśmielający. Zdołałem już zebrać całkiem szerokie grono kultowych wyścigówek z przedziału lat 1960-1989. Wzrok od razu przyciąga Lamborghini Countach 25th Anniversary z 1988 roku. Choć jest na limicie pod względem mocy i przez to będę zmuszony jechać na oponach sportowych, wybieram pięknie kanciastą bestię. Znów swoje robi sentyment, wszak to jedno z aut, którymi zachwycałem się za dzieciaka, oglądając obrazki różnych samochodów na karteczkach z gum Turbo.
Goodwood Motor Circuit stanowi interesujące miejsce na pierwszy test. Wąski pas asfaltu z dużą liczbą zakrętów to solidny sprawdzian umiejętności kierowcy. W sam raz, by zweryfikować, czy z Countachem dobrze współgramy. Pierwszych konkurentów wymijam bez większych trudności. Wyzwanie pojawia się tradycyjnie w samej czołówce, gdzie do pokonania jest między innymi przewodzący stawce inny Countach z 1974 roku. Dobre tempo przy unikaniu błędów pozwala mi uporać się z rywalem i wygrać pierwszy wyścig pucharu.
Dzień 124
Zmagania sportowych klasyków przynoszą kilka relaksujących przejazdów za kierownicą białego Countacha. Konkurencja nie stawia większego oporu i jadąc spokojnym, równym tempem łatwo wspinam się na czoło stawki, by przekroczyć linię mety jako pierwszy. Po wcześniejszych trudach naprawdę miło jest w taki sposób zawitać na tor Circuit de la Sarthe czy Nurburgring Nordschleife.
Ma to jednak też swoje gorsze strony. Gran Turismo 7 tymi pozycjami w menu prowokuje mnie do opuszczenia gardy, by za moment znów zafundować skok poziomu trudności. Następne menu zabiera mnie do świata Super Formula. To nie tylko drastyczna zmiana sposobu prowadzenia samochodu, bo bolidy są przyklejone do asfaltu i błyskawicznie pokonują nawet ostrzejsze zakręty. Dochodzi do tego kwestia wyrównanej stawki, w której wszyscy jadą taką samą maszyną. Nie ma tu możliwości zyskać przewagi jeszcze przed startem poprzez odpowiednie przygotowanie samochodu. Chyba, że zacznę grzebać w ustawieniach bolidu, posiłkując się poradnikami z sieci.
Mój debiut wypada blado. Pierwszy wyścig za kółkiem maszyny z silnikiem hondy z 2019 roku na Watkins Glen kończę na dziewiętnastym miejscu, tocząc długą i zaciętą batalię o wyprzedzenie tego jednego konkurenta, który nie radzi sobie podobnie jak ja. Zanosi się na to, że spędzę z tym pucharem trochę więcej czasu.
Dzień 125
Muszę przetrawić nową sytuację i przygotować się mentalnie na wyzwania Super Formula. Od dłuższego czasu nie zaglądałem do modułu misji, gdzie czeka na mnie do dokończenia przedostatni zestaw, a później już te najtrudniejsze i prawdopodobnie też niezwykle ciekawe wyzwania.
W ramach kolekcji „The Sun Also Rises” zostawiłem sobie test driftowania za kółkiem Subaru BRZ. Odkąd przestałem celować w złote medale, jazda w kontrolowanym poślizgu stała się przyjemniejsza. Potrzebuję kilku prób, by osiągnąć potrzebny wynik punktowy na brąz. Jakoś nie potrafię się odnaleźć w driftowaniu w GT7, choć w takim GRID Autosport czerpałem z tego sporo frajdy.
Następny test to rywalizacja Porsche na Circuit de la Sarthe. Mam jedno kółko, by dogonić całą gamę słabszych maszyn ze stajni. Za pierwszym razem kończę ledwie piąty, nie potrafiąc nawet dopaść startującego kilka sekund wcześniej 962C. Przy drugiej próbie, lepiej zorientowany w możliwościach oddanego mi Porsche 919 Hybrid ’16 nie pozwalam legendzie Le Mans uciec i przy pierwszej okazji mijam go, a potem dopadam kolejnych oponentów. Lubię ten rodzaj testu od Polyphony. Pompuje adrenalinę, kiedy meta zbliża się szybko, a strata do lidera maleje błyskawicznie. Walka do samego końca, trudno się tym nie delektować.
24 godziny w 24 minuty
Zostaję na Le Mans w trzecim niezrealizowanym wyzwaniu, w którym 24-godzinny wyścig został skondensowany do dwudziestu czterech minut. Mogę wybrać maszynę z własnego garażu i postanawiam dać szansę Peugeotowi 908 HDi FAP. To test, w którym muszę stawić czoła nie tylko szybkim rywalom, ale też zmieniającej się aurze i jeździe w nocy.
Peugeot nie imponuje tempem i powoli przesuwam się w górę stawki, ale o mojej sromotnej klęsce decyduje własny błąd. Zignorowanie radaru pogodowego nie jest dobrym pomysłem. Najpierw męczę się przez kilka kilometrów na mokrym torze ze slickami, a potem przeskakuję na pełne mokre gumy tylko po to, by pożegnać chmury i deszcz. Beznadziejne tempo w finalnych minutach rywalizacji oznacza spadek o pięć kolejnych lokat.
Rewanż biorę od razu, ale tym razem za kółkiem Mclarena VGT. Mógłbym sobie utrudnić zadanie i postawić na coś bliższego możliwości konkurentów, ale wizja powtarzania tego samego, długiego wyścigu przy obecnym deficycie czasu na granie niezbyt do mnie przemawia. Futurystyczna bestia połyka więc inne samochody na torze Le Mans, a ja dodatkowo rozgrywam zmagania perfekcyjnie taktycznie, by tym razem zyskać nawet kilka miejsc na trafionych decyzjach w pitlane.
Dzień 126
Ostatni sprawdzian z kolekcji „The Sun Also Rises” to wizyta na nielubianym przeze mnie torze Mount Panorama. Poznałem go ledwie kilkanaście miesięcy temu, za sprawą wspomnianego już GRID Autosport i od tamtego momentu czuję, że mnie prześladuje. Tym razem muszę wspiąć się do pierwszej piątki za kółkiem Jaguara F-Type Grupy 3. Wierzę, że trochę wcześniejszej praktyki pomoże mi sprawnie ukończyć to dwudziestominutowe wyzwanie. Niestety, i ja i jaguar mamy słabe tempo, przez co nawet nie zbliżamy się do realizacji celu. Tak oto napotykam na kolejną przeszkodę w Gran Turismo 7…
—
Gran Turismo 7 to kolejna odsłona jednej z najsłynniejszych gier wyścigowych, które kiedykolwiek ukazały się na konsolach i komputerach. Wydawana ekskluzywnie na PlayStation pozwala na długie tygodnie zatopić się w kolekcjonowaniu setek samochodów oraz na wyścigach po prawdziwych i fikcyjnych torach w różnych rejonach świata. Do tego uniwersum wracam po wielu latach przerwy, ale z bagażem ciepłych wspomnień zebranych w odsłonach z numerkami 1, 2 i 4. Jakie wrażenia wzbudzi we mnie GT7? O tym przeczytasz w kolejnych odcinkach pamiętnika – tylko w Gralingradzie!
Nie przegap innych materiałów z Gralingradu, w których podróżuję przez produkcje stare i nowe. Obserwuj profile bloga na Facebooku, X-ie, Instagramie i YouTube. Możesz również wspomóc stronę na Patronite, a jeśli doceniasz moje starania w takiej formie gier relacjonowania – postaw mi kawę, która pozwoli na kilka wyścigów więcej podczas wieczornej partyjki! Dziękuję z góry!
<— Dziewiętnasty odcinek pamiętnika Gran Turismo 7




